Chyba
niewiele jest takich osób, które nie widziały, albo
choćby nie słyszały czegoś o filmie Mela Gibsona „Braveheart.
Waleczne serce”. Aktor udowadnia nam, że nie tylko świetnie gra
(wciela się tutaj w postać głównego bohatera), ale także
ma talent reżyserski. Ale po kolei...
Akcja
obrazu rozgrywa się w XIII wieku w czasach, gdy Szkoci walczyli o
niepodległość. Główną postacią jest tu William Wallace –
szkocki bohater narodowy, przywódca powstania przeciw Anglikom
(1297r.). Po śmierci swej młodej żony bestialsko zamordowanej
przez rycerzy angielskich Wallace staje się bojownikiem o wolność
Szkocji i zarazem solą w oku angielskiego władcy Edwarda I
Długonogiego i jego armii.
Na
„Braveheart” nie możemy patrzeć jak na produkcję historyczną.
Film opiera się bowiem tylko na ogólnych wydarzeniach, a
całą resztę reżyser dobrał zgodnie ze swoją koncepcją. Dla
Gibsona prosty pomysł okazał się bramą do sukcesu. Połączył on
prawdziwą historię z imponującymi obrazami batalistycznymi i
wątkami romansowymi dając widzom fascynującą opowieść, która
przenosi w zupełnie inny świat.
Na
uwagę zasługuje świetna gra aktorska, nie tylko samego reżysera,
ale także odtwórców pozostałych ról, nawet
tych drugoplanowych. Widać tu ogromne zaangażowanie, z jakim
tworzony był film, dzięki czemu postaci są bardzo żywe i łatwo
nam „wciągnąć się” w to , co dzieje się na ekranie.
Zwykle
nie zdarza mi się płakać na filmach, ale w tym przypadku z czystym
sumieniem uroniłam sobie kilka łez. Los bohatera skazanego na
niepowodzenie, który w walce o niepodległość musi zmierzyć
się nie tylko z wrogami, ale też z niektórymi sojusznikami,
którzy się od niego odwrócili potrafi naprawdę
szczerze wzruszyć. Niewątpliwie uroku filmowi dodaje cudownie
dobrana muzyka Jamesa Hornera.
Podsumowując
: produkcję Gibsona można, jak najbardziej słusznie, nazwać
dziełem, i to takim, do którego należy wracać, które
powinno się wszystkim polecać i które, nawet oglądane po
raz „enty” nigdy się nie nudzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz